Archiwum kategorii: Wartość dodana

Temat z zupełnie innej beczki. Wywołuje go wiadomość, która poruszyła mnie do głębi – śmierć Kamili Skolimowskiej. Nagła, nie pozwalajaca tej młodej dziewczynie osiągnąć tego, co założyła, straszna dla jej bliskich i wielu kibiców.

Nie jestem fanem rzutu młotem i wiadomość ta nie porusza mnie jako kibica, ale jako człowieka. Kiedy ostatnio trafiłem na jakis wspomnieniowy artykuł, opowiadający historie zmarłych w 2008 roku postaci, poruszyło mnie, że o śmierci wielu z nich nie pamiętałem. Dla mnie nadal żyły jako ikony popkultury, aktorzy czy sportowcy.

Parę tygodni temu usłyszałem w radio historię dziewczyny, 18-latki, która zmarła razem z matką zaczadzone w normalnym mieszkaniu. Także nagle.

I ta dziewczyna i Kamila dzień wcześniej snuły plany, marzyły o przyszłości. Być może Kamila cieszyła się jeszcze z sukcesu polskich siatkarzy, którzy dzień przed jej odejściem pokonali czołowe drużyny Rosji i Włoch. Jeśli nie czuła się źle, a chyba nie, bo stawiła się na porannym treningu, nie mylała o śmierci.

Dziewczyna, którą zabił w kąpieli czad zapewne poprzedni wieczór spędziłą czytając książkę, a może oglądając film? Myślała o szkole, przyjaciołach, nadchodzących imprezach, młodzieńczych problemach. Być może się z kimś kłóciła. Kto wie.

We wszystkich takich przypadkach poruszajaca jest ta nagłość. Kiedy umierał mój ojciec, chory, ale z nadziejami na przeżycie, byłem na służbowym wyjeździe. Oczywiscie, gdybym wiedziałco nastąpi nigdy nie ruszył bym się z miasta. Niemniej długo potem trwało, zanim poradziłem sobie z uczuciem jakiegoś niedomówienia, braku prawdziwego pożegnania. Tak jak bliscy Kamili nie mogą sobie zapewne z nim poradzić.

Przez pewien czas pamiętałem, że życie i bliskich trzeba szanować, pielegnować relacje. Nie tracić czasu na bzdurne dąsy, bo przecież z dnia na dzień może nas lub kogoś już nie być. Przyrzekałem sobie, że gdybym mógł jeszcze raz przeżyć odchodzenie taty, byłbym wobec niego innym człowiekiem, lepszym. Ale potem zapomniałem o tym, wir codzienności zagłuszał te refleksje. Wracały zawsze przy okazji jakiejś głośnej śmierci, szczególnie młodych ludzi – a to Agaty Mróz, Arka Gołasia, Kamili Skolimowskiej… Nie chciałbym o tym znowu zapominać.

Ile razy obrażamy się na siebie. Ile czasu poświęcamy na rzeczy, które w przyszłości uznamy zapewne za błahe. Mój znajomy pytał zawsze w obliczu jakiegoś problemu “cóż to jest na przeciw wieczności”? Miał rację. Kiedy zdenerwuje mnie bliska osoba, często czuję gniew zbyt długo. Czy aby nie na tyle długo, żebym na zawsze nie zasnął w kąpieli? A może z tym gniewem w głowie zginę w samochodowym wypadku? Czy, jeśli zdam sobie sprawę, że za chwilę umrę, nie będę żałował godzin spędzonych przy jakiejś bzdurnej grze komputerowej bądź beznadziejnym serialu telewizyjnym? Jak pamiętać o tym, że istniejemy tu przez chwilę, a czasami zbyt krótko i bywa że gaśniemy nagle?

Czym nasza kłótnia z żoną jest naprzeciw wieczności? Czy mój zły humor wart jest ryzyka, że z braku czasu nie poprawię go na lepszy? Chcę pamiętać o tym, że każdy dzień może być ostatnim i każdy może być pierwszym.

Niedługo Święta. Rodzina, spotkania z przyjaciółmi i czas pewnego spowolnienia. Ale także obżarstwo, maratony telewizyjne i dla co poniektórych, czas nadganiania zaległości.

Wiem, że sporo z was, szczególnie tych, którzy mają na głowie więcej, niż mogą unieść, czekają na święta jak na zbawienie. Parę wolnych dni można wykorzystać żeby podładować trochę baterie. Inni jednak wiedzą, że te pare dodatkowych, niczym niezmąconych godzin to czas, dzięki któremu powrót do pracy po przerwie będzie łatwiejszy. A to przeczytamy zaległe maile, a to przestudiujemy jakieś oferty, które leżą i czekają na swój czas. Tylko czy święta to rzeczywiście najlepszy moment na takie dobieganie? Według mnie – zupełnie nie.

Abstrahuję od religijnych wartości świąt. Mało tego – to co napiszę o świętach możecie traktować jako opinie równoważne (niemal) z tymi, które wyraziłbym w stosunku do każdego dłuższego wolnego. Oczywiście bez przesady, bo święta dają nam pewną wartość dodaną, której nie zdobędziemy zawsze – choćby mozliwość spotkania z bliskimi i poświęcenia im tego drogocennego czasu, którego dla niech nie mamy zbyt dużo.

Ja postaram się potraktować te święta jako nagrodę. Bonus czasowy, który rozdzielę między tych, na których zależy mi najbardziej. Nie będę robił nic ponad to. Odpuszczę pracę, wyłączę laptopa i pozbawię się internetu. Ograniczę telewizję. Spędzę je najprościej jak się da – tak jak ludzie, którzy mieli szczęście żyć w wolniejszych czasach, kiedy rozmowa i wspólnota chwili była ważniejsza niż cokolwiek innego.

Spróbujcie zrobić sobie wolne od codzienności. Potraktujcie ten czas, jak coś wyjątkowego. A przede wszystkim, spróbujcie dać go tym, którzy go od was potrzebują. Zbyt często takiej okazji nie ma.

Dlatego, życząc Wam spokojnych Świąt, mówię zupełnie szczerze i mam na myśli prawdziwy spokój umysłu. Wolność od trosk, od rozpaczania nad przypalonym karpiem i zbyt chłodnym barszczem z niedosolonymi uszkami.

Kiedy nawrzucacie już do swoich inboxów tyle spraw, że zaczną się z nich wylewać, pewnie pomyslicie, że warto byłoby zrobić z nimi coś użytecznego. Zanim podejmiecie się przypisania im “następnego działania” (next action) czeka Was przeglądnięcie tego, co macie w skrzynkach odbiorczych.

Niezależnie od tego, czy skrzynka istnieje fizycznie w postaci jakowegoś pojemnika (polecam – nie wiesz co z czymś zrobić, nie zastanawiaj się, tylko wrzucaj, potem podczas przeglądania zadecydujesz) czy wirtualnie jako wpisy np. w Evernote, dane z niej trzeba przetworzyć. Wielu osobom sprawia to sporą trudność i wydaje się im czasochłonne. W zasadzie, podczas przeglądu, czeka was konieczność podjęcia decyzji, czy ze sprawą w ogóle da się coś zrobić. Zatrzymam sie tu na chwile i nie będę wnikał w drugą część tego kroku, czyli przyporządkowania sprawy do konkretnej kategorii, jeśli rzecz jest wykonywalna (delegacja albo kalendarz, czekam na, lista dwóch minut itp. – o tym kiedy indziej). Bardziej chciałbym skupić się na sprawach, które odrzucicie. Te powinny trafić albo do kosza, albo do teczki lub zbioru “kiedyś/może” lub wreszcie do teczek referencyjnych.

Przede wszystkim, bądźcie dla tych spraw bezlitośni. Przy tej decyzji nie chodzi o to, czy coś ze sprawą robicie. Z każdą coś trzeba zrobić. Niektóre z nich leżą jednak poza obszarem waszego zainteresowania, wydają się mniej lub bardziej zajmujące, ale jednak nie chcecie się z nimi całkowicie rozstawać. Inne są zupełnie nietrafione. Krótko mówiąc, musicie dosyć precyzyjnie i wąsko zdefiniować pole pod tytułem “tak, to mnie dotyczy, albo będzie dotyczyć w przyszłości”.

Jeśli nie, tniecie sprawę. Mało interesujące maile wrzucajcie od razu do kosza. Kartki z ofertami pizzerii wywalajcie, chyba że myślicie, iż kiedyś u niech zjecie. Róbcie prawdziwy użytek z kosza. Im mnie j w nim, tym więcej w innych miejscach – na waszych półkach, w szufladach czy w teczkach.

Jeśli już zdarzy się wam, że jakaś sprawa będzie choć trochę interesująca, możecie dać jej szansę. Allen poleca wpisywać je na listę “może/kiedyś”. Moja lista z tymi sprawami ma ze dwa wpisy. Nie spodoba się to pewnie gtd’owskim purystom, ale systemu używam do załatwiania spraw bieżących. Jeśli marzy mi się wyjazd do Wenezueli za 10 lat, nie zapisuję tego. Może kiedyś do tego dojdę, ale na razie boję się, że lista “kiedys/może” byłaby przechowalnią dla tysiąca beznadziejnych pomysłów, których bałbym się wywalićdo kosza. A przecież tę listęteż trzeba kiedyś przeglądać ;)

W powszechnym natomiast użyciu mam teczki referencyjne. Podzielone alfabetycznie i zwykłe, papierowe – nie jakieś wiszące i z melodyjką. Tam lądują dokumenty czy wydruki, które na razie wydają mi się nieprzydatne, ale zawierają jednak jakieś informacje, z których kiedyś może skorzystam. Ile razy żałowałem, że nie mam juztego katalogu, który wywaliłem w zeszłym miesiącu ;) Oczywiście, pamiętajcie o zakreśleniu wyraźnej granicy, poza którą używacie kosza. Inaczej wasze teczki referencyjne spuchną niemiłosiernie. Dla przykładu, oferty pizzerii włozę do teczki pod literę P jak “pizza”. Kiedy zgłodnieję, wyjmę odpowiednią kartkę.

Wracam do tematu z koszem na śmieci. Możecie zrobić sobie specjalny kubeł, który ja nazwyam buforem bezpieczeństwa. Wywalajcie tam tylko papiery (w przypadku maila stwórzcie katalog o dowolnej nazwie i traktujcie jak “prawie kubeł). Trzymajcie przez tydzień czy dwa. Jeśli w tym czasie zapragniecie strasznie znaleźć coś, co wywaliliście, przeszukujecie kubeł, trudno. Jeśli nie, w dniu deadline’u wywalacie i te papiery. Trochę to asekuranckie, ale jednak kilka razy uratowało mi skórę.

Morał z tej przypowieści prosty – wywalajcie co się da, a co nie da, umieszczajcie w teczkach referencyjnych. Te również możecie czasem przejrzeć, żeby pozbyć się bzdur, które wpakowaliście tam w przypływie resetu mózgu. I na prawdę – polecam dobrze zorganizowane teczki referencyjne.

A jeśli zdecydujecie się, że sprawa trzeba się zająć, to już inna para kaloszy. O tym następnym razem. Mam nadzieję, że wtedy bedziecie już mieli na głowie o około połowy spraw mniej.

Dziś, w sposób bardzo znaczący, spóźniam się do pracy. Jest 8.30 i od pół godziny powinieniem być na miejscu. A tu jeszcze muszę odwieźć małą do mamy i przejechać całe miasto. Zacznę o 10, jak nic.

Tylko jakie to piękne. Piję spokojnie kawe, patrzę na świat oświetlony promieniami porannego słońca, takimi w grudniowym stylu, jak wtedy, gdy wszystko jest białe. Czasem takie słońce daje wrażenie, że wszystko się rozpuści, a nie rozpuszcza się.

Obok mnie po podłodze raczkuje Mikrus i coś sobie pogaduje. Łóżko pościelne i kuchnia posprzątana po śniadaniu na słodko. W powietrzu wisi jeszcze zapach chałki, podpieczonej dla świeżości przez D. w piekarniku.

Ze mnie opadły już emocje związane z tym, co to będzie, jak się spóźnię. Teraz odczuwam coś w rodzaju spokoju i wydaje mi się, że to krok we właściwym kierunku. Oczywiście nie mówię o spóźnianiu, się, ale o takim właśnie stanie ducha.

Za 15 minut wsiądziemy do samochodu i będziemy przebijać się przez wrocławskie korki. Jeśli Trójka puści coś ładnego, dzień powinien być udany…

Dzisiaj krótko. Przez zupełny przypadek, blog o tematyce GTD, dotarłem metodą próbnych kliknięć do dwóch wspaniałych miejsc w sieci. Obie lokacje same w sobie są niesamowitą ucztą dla oczu i uszu, ale razem dają wprost przecudne wytchnienie dla ducha.

Jeśli lubicie minimalistyczne utwory  i kochacie pianino, posłuchajcie muzyki Bena Woods’a. A do tego pooglądajcie te fotografie.

Odkrycie takiej mieszanki nie mogło dać innego efektu. Ze zwykłego, jesiennego, lekko zamglonego i z pewnością zimnego dnia, popłynęła magia.

By StarbuckGuy

By Gene Wilburn