Archiwum kategorii: GTD

W GTD Allen proponuje (przynajmniej daje taki pomysł), żeby założyć specjalne teczki służące do zawiadamiania siebie o czymś w ściśle określonym czasie – na przykład w przyszły wtorek. Kiedy pracowałem jeszcze w administracji, niektórzy wyżsi urzędnicy mieli specjalne teczki z przegródkami dziennymi, w których przechowywali dokumenty dotyczące danych dni. Niedawno postanowiłem wypróbować tę metodę, ale była dla mnie zbytnio biurokratyczna. Poza tym, zbyt dużo tych teczek zaczęło mi się robić.

Dlatego wynalazłem w sieci, już nie pamiętam za pośrednictwem kogo lub czego, programik do mailowania do siebie. Oto link.

Cały wic polega na tym, że piszemy maila na specjalny adres, dodając do niego proste informacje o dacie i konkretnej godzinie oczekiwanej informacji. W żądanym momencie mail wraca do nas w formie odpowiedzi na mail, z którego go wysłaliśmy. Wydaje mi się, że to całkiem ciekawe rozwiązanie, szczególnie dla spraw, o których nie musimy pamiętać przez dłuższy czas, a których z jakiegoś powodu nie mamy ochoty wpisywać do kalendarza. Oczywiście, to dodatkowy element naszych “zaufanych systemów”, który u mnie zbyt długo raczej nie zagości, ale od czasu do czasu może się przydać.

Pozdrawiam

Mam taką niemiłą manię, że jeśli jakiś temat mocno mnie zainteresuje, staram się wygrzebać z internetu to, co najlepsze na jego temat. Zdaje mi się, że dysponuję sporą bazą linków na temat GTD jeszcze z czasów, kiedy uczyłem się tej metody. Dzisiaj, nadrabiając nieco zaległości, dodam kolejnego, prostego posta z kilkoma odnośnikami, które jak sądzę, mogą być pomocne. Jeśli już je kiedyś tutaj umieszczałem, nie bądźcie źli. Pamięć ludzka jest zawodna, w odróżnieniu od GTD.

Mam nadzieję, że na dobry początek wystarczy. Hawk!

Kiedy nawrzucacie już do swoich inboxów tyle spraw, że zaczną się z nich wylewać, pewnie pomyslicie, że warto byłoby zrobić z nimi coś użytecznego. Zanim podejmiecie się przypisania im “następnego działania” (next action) czeka Was przeglądnięcie tego, co macie w skrzynkach odbiorczych.

Niezależnie od tego, czy skrzynka istnieje fizycznie w postaci jakowegoś pojemnika (polecam – nie wiesz co z czymś zrobić, nie zastanawiaj się, tylko wrzucaj, potem podczas przeglądania zadecydujesz) czy wirtualnie jako wpisy np. w Evernote, dane z niej trzeba przetworzyć. Wielu osobom sprawia to sporą trudność i wydaje się im czasochłonne. W zasadzie, podczas przeglądu, czeka was konieczność podjęcia decyzji, czy ze sprawą w ogóle da się coś zrobić. Zatrzymam sie tu na chwile i nie będę wnikał w drugą część tego kroku, czyli przyporządkowania sprawy do konkretnej kategorii, jeśli rzecz jest wykonywalna (delegacja albo kalendarz, czekam na, lista dwóch minut itp. – o tym kiedy indziej). Bardziej chciałbym skupić się na sprawach, które odrzucicie. Te powinny trafić albo do kosza, albo do teczki lub zbioru “kiedyś/może” lub wreszcie do teczek referencyjnych.

Przede wszystkim, bądźcie dla tych spraw bezlitośni. Przy tej decyzji nie chodzi o to, czy coś ze sprawą robicie. Z każdą coś trzeba zrobić. Niektóre z nich leżą jednak poza obszarem waszego zainteresowania, wydają się mniej lub bardziej zajmujące, ale jednak nie chcecie się z nimi całkowicie rozstawać. Inne są zupełnie nietrafione. Krótko mówiąc, musicie dosyć precyzyjnie i wąsko zdefiniować pole pod tytułem “tak, to mnie dotyczy, albo będzie dotyczyć w przyszłości”.

Jeśli nie, tniecie sprawę. Mało interesujące maile wrzucajcie od razu do kosza. Kartki z ofertami pizzerii wywalajcie, chyba że myślicie, iż kiedyś u niech zjecie. Róbcie prawdziwy użytek z kosza. Im mnie j w nim, tym więcej w innych miejscach – na waszych półkach, w szufladach czy w teczkach.

Jeśli już zdarzy się wam, że jakaś sprawa będzie choć trochę interesująca, możecie dać jej szansę. Allen poleca wpisywać je na listę “może/kiedyś”. Moja lista z tymi sprawami ma ze dwa wpisy. Nie spodoba się to pewnie gtd’owskim purystom, ale systemu używam do załatwiania spraw bieżących. Jeśli marzy mi się wyjazd do Wenezueli za 10 lat, nie zapisuję tego. Może kiedyś do tego dojdę, ale na razie boję się, że lista “kiedys/może” byłaby przechowalnią dla tysiąca beznadziejnych pomysłów, których bałbym się wywalićdo kosza. A przecież tę listęteż trzeba kiedyś przeglądać ;)

W powszechnym natomiast użyciu mam teczki referencyjne. Podzielone alfabetycznie i zwykłe, papierowe – nie jakieś wiszące i z melodyjką. Tam lądują dokumenty czy wydruki, które na razie wydają mi się nieprzydatne, ale zawierają jednak jakieś informacje, z których kiedyś może skorzystam. Ile razy żałowałem, że nie mam juztego katalogu, który wywaliłem w zeszłym miesiącu ;) Oczywiście, pamiętajcie o zakreśleniu wyraźnej granicy, poza którą używacie kosza. Inaczej wasze teczki referencyjne spuchną niemiłosiernie. Dla przykładu, oferty pizzerii włozę do teczki pod literę P jak “pizza”. Kiedy zgłodnieję, wyjmę odpowiednią kartkę.

Wracam do tematu z koszem na śmieci. Możecie zrobić sobie specjalny kubeł, który ja nazwyam buforem bezpieczeństwa. Wywalajcie tam tylko papiery (w przypadku maila stwórzcie katalog o dowolnej nazwie i traktujcie jak “prawie kubeł). Trzymajcie przez tydzień czy dwa. Jeśli w tym czasie zapragniecie strasznie znaleźć coś, co wywaliliście, przeszukujecie kubeł, trudno. Jeśli nie, w dniu deadline’u wywalacie i te papiery. Trochę to asekuranckie, ale jednak kilka razy uratowało mi skórę.

Morał z tej przypowieści prosty – wywalajcie co się da, a co nie da, umieszczajcie w teczkach referencyjnych. Te również możecie czasem przejrzeć, żeby pozbyć się bzdur, które wpakowaliście tam w przypływie resetu mózgu. I na prawdę – polecam dobrze zorganizowane teczki referencyjne.

A jeśli zdecydujecie się, że sprawa trzeba się zająć, to już inna para kaloszy. O tym następnym razem. Mam nadzieję, że wtedy bedziecie już mieli na głowie o około połowy spraw mniej.

Jedną z podstawowych zasad GTD jest posiadanie przy sobie w każdej chwili zestawu kryzysowego w postaci długopisu i notatnika. Inni powiedzieliby – ołówka i hipstera; jeszcze inni – Moleskina i dobrego pióra. Wybierz sobie jeden. W każdym razie, dzięki temu zestawowi powinniśmy móc (podkreślam “powinniśmy”) zapisywać wszystkie idee i pomysły, które aktualnie przyjdą nam do głowy. Gromadzimy je, czyszcząc z nich łepetynę, a dopiero potem przepuszczamy owe pomysły przez gtd’owski schemat. Krótko mówiąc, traktujemy notatnik jak klasyczną skrzynkę odbiorczą.

I tu pojawia się pewien problem…. Przynajmniej dla mnie.

Notatnik nie jest specjalnie poręczny. Wszystko zależy od typu pracy, lub szerzej, trybu życia jaki się prowadzi. Niektórzy przywdziewają koszulki polo i nie bardzo dysponują kieszonkami na notatnik. Nie wspominając już długopisów. Straciłem przez nie kilka koszul, a przynajmniej ze dwa razy miałem siniaki w okolicach siedzenia, kiedy wlazłem do samochodu nie wyjmując go z tylnej kieszeni.

Niemniej, zapisywanie spraw, które wpadną Ci akurat do głowy jest jedną z najbardziej pouczających rzeczy, o jakich w życiu przeczytałem. Nie wierz sobie, że coś zapamiętasz. Za chwilę będziesz się głowił, jak brzmiało nazwisko pani, która zadzwoniła do ciebie w sprawie nowej oferty. Zapisuj!

Wziąwszy jednak pod uwagę to, że notatnik może rozpuścić ci się w tylnej kieszeni spodni, zgubisz przynajmniej dziesięć długopisów w przeciągu pierwszego tygodnia od rozpoczęcia zapisywania, możesz spowodować kilka wypadków pisząc w samochodzie, a jeśli będziesz spał z notatnikiem, twoja druga połowa może na to krzywo patrzeć, proponuję rozważyć sposób notowania.

Papier bywa wygodny. Możesz nosić ze sobą na prawdę małe karteczki z długopisikiem przy breloku i załatwi to sprawy związane z komfortem. Są jednak sytuację, kiedy będziesz zmuszony skorzystać z innych rozwiązań. Z resztą, możesz mieć kilka “inboxów”, które powinieneś po prostu przeglądać. Poniżej kilka przetestowanych przeze mnie sposobów, które polecam:

  • dyktafon – wspaniała zabawka, którą można już nabyć za naprawdę niewielkie pieniądze. Sprawdza się kiedy jedziesz samochodem, masz za dużo papierów wokół siebie, albo wszędzie spacerujesz z telefonem komórkowym (z funkcją nagrywania głosu, ale to dzisiaj standard). A poza tym jakiż stylowy jest dyktafon, jeśli ktoś jest fanem miasteczka Twin Peaks.
  • Google – mam tu na myśli głównie kalendarz ale także, jesli jesteś fanem edytorów tekstowych online, edytor oferowany w tej usłudze. Jeśli spędzasz sporo czasu przed komputerem, przyjrzyj się tej aplikacji. Nie musi służyć koniecznie stricte za kalendarz. Wystarczy, że wrzucisz doń sprawy związane z konkretnym dniem, albo takie, nad którymi chciałbyś popracować jutro. To taki “przedkalendarz” w rozumieniu gtd, bo możesz przy jego przeglądaniu zadecydować, co w nim zostaje, a co jest robione od razu, traktując go jak kolejny inbox. Cudowną funkcją google calndar jest mozliwość przypominania o czymś za pomocą smsów i emaili.
  • Remember the Milk – jedna z wielu, darmowa, acz wygodna aplikacja online do zbierania twoich idei. Możez je tagować, opisywać, wyznaczać terminy itp, ale ja używam jej głównie do wpisywania przychodzących mi do głowy myśli. Można je potem wydrukować w fomie kartki z kwadracikami do odznaczania skompletowanych zadań.
  • Evernote – półpłatna wersja fantastycznego programu do akumulacji informacji. Lokalna bądź online baza danych przechowuje te elementy, które wskażesz programowi. Są to fragmety lub całe strony internetowe, twoje apiski, dokumenty, dźwięki czy inne. Ubierasz je w system tagów i pamiętasz!
  • ScrapBook – taki mini Evernote w postaci dodatku do Firefoxa. Przechowuje zaznaczone przez ciebie fragmenty tekstów ze stron internetowych.  Nie wiem, czy nie lepszy jest Goolge Notebook, bo nie używałem, ale słyszałem dobre opinie. Poza tym, GN jest pewnie dostępny z każdego komputera pod Twoim loginem, podczas gdy SB tylko z lokalną przeglądarką.

Dysponując takim zestawem narzędzi, możesz pożegnać długopis i notatnik. Pamiętaj jednak, że im więcej “inboxów” stworzysz, tym trudniej będzie ci je systematycznie przeglądać. Ja korzystam intensywnie z notatnika, jeżeli akurat mam możliwość noszenia go przy sobie. Jeśli nie, używam dyktafonu w telefonie. Przy komputerze króluje Remember the Milk. Szczególnie doceniam ten program, kiedy rano popijając kawę wprowadzam do niego zadania na dziś, a potem, w czasie pracy mam je już przed nosem i jak na dłoni .

Miliony stron o GTD pozwoli Ci bez wątpienia zorientować się, o co chodzi. Jeśli nie wiesz, zachęcam, żebyś zapoznał się z tą ciekawą metodą organizacji i zwiększania produktywności. Albo po prostu – załatwiania spraw. Dla ułatwienia podam tylko jeden link, z którego wywnioskujesz większość.

Niezależnie od wszystkiego, osobom które interesują się systemem Allena, może być potrzebna odpowiedź na jedno podstawowe pytanie – czy warto?

Przygodę z GTD i metodami “hackowania życia” zacząłem około roku temu. Przejrzałem tysiące stron internetowych. I to był być może mój błąd. Pierwszą zasadą GTD powinno być – zacznij teraz! Zbyt wiele czasu poświęca się na zabawę gadżetami, oprogramowanie listami “todo” czy szukaniem własciwego Moleskina w nielicznych miejscach w Polsce, w których jest dostępny.

Piszę o błędzie, bo dopiero po czasie przez ten nadmiar informacji zorientowałem się czym jest GTD. Bo na początku nie działało. Nie potrafiłem wdrożyć w życie całego systemu. To dosyć istotne, bo jeden element nie działa tam bez drugiego. Jeśli zapisujesz wszystko co masz do zrobienia (nieważne czy w postaci cyfrowego głosu czy na papierze toaletowym), a nie dokonujesz przeglądu tygodniowego, nici z GTD itp. Byłem mocno zawiedziony, że to wszystko takie skomplikowane i trudne.

Dopiero po czasie odkryłem, że wszystkie informacje, do których się dokopałem są mi potrzebne dopiero teraz. Wcześniej zaciemniały obraz prostego skądinąd systemu. Kiedy odrzuciłem wszystkie dodatki do GTD i zająłem się nim mając tylko parę teczek, notatnik z TESCO i karteczki samoprzylepne, poczułem się lepiej. Zadziałało! Zabawę z narzędziami takimi jak Evernote, Remember The Milk, Tadalist czy Think Rock trzeba było zostawić sobie na później. I żeby tego było mało, na Zen Habits znalazłem potwierdzenie zminimalizowania swojego GTD. Uważam Zen To Done za wspaniałą kwintesencję GTD, rzecz od której można śmiało zaczynać swoją przygodę z systemem.

Na pytanie czy to działa, odpowiedziałem nieco okrężnie, bo i tak i nie. Przede wszystkim, ze swojego doświadczenia, mogę powiedzieć tylko tyle:

  • zacznij z GTD od jak najprostszych sposobów. Zen To Done może ułatwić Ci działanie
  • żaden system nie zadziała bez samodyscypliny. Nie zrealizujesz żadnego planu, jesli nie bedziesz działać według wzoru. Energię poświęcaną na magiczne pomoce w GTD przeznacz na wbicie w siebie nawyku postępowania według wybranego przez siebie systemu,
  • pierwsze efekty (szczególnie euforyczne) z powodu nagłego “luzu w głowie” przyjdą stosunkowo szybko – kiedy tylko uporządkujesz swoje “otwarte pętle” jak nazywa je Allen. Nie spocznij na laurach. To moment, w którym GTD może przestać działać, zanim jeszcze na dobre zaczęło!
  • rozwijaj się z systemem. Żeby nie zanudził cię na śmierć, spraw, żeby ewoluował i był tylko Twój. Pisz na śmiesznych kartkach, używaj specjalnego długopisu, czy kup sobie futerał na notes. Cokolwiek.
  • nie przejmuj się detalami. GTD to system zorientowany na ogół. Jeśli nie masz Moleskina, trudno. Nie masz setek wiązanych teczek, albo metkownicy? Trudno. Masz za to foliowe koszulki i markera. Dla chcącego nic trudnego.

GTD to nie system automatycznego roziązywania spraw. Musisz dać z siebie sporo, ale kiedy zadziała, chociaż uprzedzam, że nie musi, będziesz zaskoczony. Pozytywnie!

Powodzenia.