Archiwa miesięczne: grudzień 2008

Niedługo Święta. Rodzina, spotkania z przyjaciółmi i czas pewnego spowolnienia. Ale także obżarstwo, maratony telewizyjne i dla co poniektórych, czas nadganiania zaległości.

Wiem, że sporo z was, szczególnie tych, którzy mają na głowie więcej, niż mogą unieść, czekają na święta jak na zbawienie. Parę wolnych dni można wykorzystać żeby podładować trochę baterie. Inni jednak wiedzą, że te pare dodatkowych, niczym niezmąconych godzin to czas, dzięki któremu powrót do pracy po przerwie będzie łatwiejszy. A to przeczytamy zaległe maile, a to przestudiujemy jakieś oferty, które leżą i czekają na swój czas. Tylko czy święta to rzeczywiście najlepszy moment na takie dobieganie? Według mnie – zupełnie nie.

Abstrahuję od religijnych wartości świąt. Mało tego – to co napiszę o świętach możecie traktować jako opinie równoważne (niemal) z tymi, które wyraziłbym w stosunku do każdego dłuższego wolnego. Oczywiście bez przesady, bo święta dają nam pewną wartość dodaną, której nie zdobędziemy zawsze – choćby mozliwość spotkania z bliskimi i poświęcenia im tego drogocennego czasu, którego dla niech nie mamy zbyt dużo.

Ja postaram się potraktować te święta jako nagrodę. Bonus czasowy, który rozdzielę między tych, na których zależy mi najbardziej. Nie będę robił nic ponad to. Odpuszczę pracę, wyłączę laptopa i pozbawię się internetu. Ograniczę telewizję. Spędzę je najprościej jak się da – tak jak ludzie, którzy mieli szczęście żyć w wolniejszych czasach, kiedy rozmowa i wspólnota chwili była ważniejsza niż cokolwiek innego.

Spróbujcie zrobić sobie wolne od codzienności. Potraktujcie ten czas, jak coś wyjątkowego. A przede wszystkim, spróbujcie dać go tym, którzy go od was potrzebują. Zbyt często takiej okazji nie ma.

Dlatego, życząc Wam spokojnych Świąt, mówię zupełnie szczerze i mam na myśli prawdziwy spokój umysłu. Wolność od trosk, od rozpaczania nad przypalonym karpiem i zbyt chłodnym barszczem z niedosolonymi uszkami.

Jeśli jesteście maniakami jakości i produktywności, omińcie tego posta. Nie czytajcie go, bo pierwszy lepszy wpis na Wikipedii da wam więcej technicznych czy historycznych informacji na temat tego, o czym będę dzisiaj pisał.

Jeśli natomiast produktywność to dla was hobby, z którym zaczynacie, możecie jeszcze nie znać Króla Deminga.

Był sobie raz facet, który wyprzedził swoje czasy. Człowiek, który myślał o produktywności w sposób tak bardzo odbiegający od standardów, że przez pewien czas nikt się na nim nie poznawał. Edwards Deming jest ojcem nowoczesnego zarządzania jakością, przynajmniej w moim odczuciu. To autor bardzo wielu celnych myśli i metod zwiększania produktywności. I jednocześnie człowiek, który wymyślił koło, zwane – jakby inaczej – kołem Deminga. O nim jednak trochę później.

Warto dodać, że Deming ze swoimi nowoczesnymi przemyśleniami został doceniony w Japonii, która po drugiej Wojnie Światowej miała poważne problemy gospodarcze. Generalnie kraj ten, osłabiony wojennym wysiłkiem i porażką, musiał stać się baaaardzo konkurencyjny, żeby gospodarczo zaczął znaczyć cokolwiek w świecie. Japońska jakość dopiero po Demingu zaczęła oznaczać to, co oznacza dzisiaj. Wcześniej japońskie produkty były raczej kojarzone z niewiele wartą tandetą. Ponadto, zarówno Europa wspomagana przez rozmaite subwencje i plany Marshalla, jak i Stany Zjednoczone, nie czuły na plecach oddechu konkurencji. Stany dodatkowo, jako najmniej dotknięte wojenną zawieruchą, z rozpędzonym wojenną produkcją przemysłem i nieuszkodzoną infrastrukturą, czuły się – i przez długi czas były – jedynym poważnym producentem towarów na rynek światowy.

Nie wchodząc zbytnio w szczegóły, bo nie jestem specjalistą wielkiej miary w tej dziedzinie, działalność Deminga pomogła przewartościować system myślenia japońskich producentów. Do dziś człowiek ten jest uznawany za jednego z Ojców Założycieli japońskiej jakości a japońska Nagroda Deminga to najbardziej prestiżowa nagroda w dziedzinie zarządzania jakością w tym kraju.

Ten krótki wstęp miał na celu naświetlenie wam, jakiego kalibru postacią był profesor Deming. Jego koło, o którym wspominałem, jest wynalazkiem podobnej miary co jego twórca – genialnym i nieskomplikowanym.

Koło Deminga, zwane też  inaczej cyklem Deminga, to nie żadne fizyczne urządzenie, jeśli tego jeszcze nie wiecie. To pomysł na usprawnianie i utrzymywanie produktywności. to pomysł na jakosć, ale da się go prosto przetransponować na niemal wszystkie dziedziny życia, z samym życiem włącznie. I chociaż nasz gtd’owski guru Allen się do tego wprost nie przyznaje, uważam że jego system jest inspirowany Demingiem.

Koło Deminga to to zestaw czterech kroków, rysowanych w schemacie na obrysie koła. Kroki realizowane są po kolei, a ostatni przechodzi znowu w pierwszy, przy czym nowa runda po kole jest już rundą na wyższym poziomie jakości. Stąd często mówi się o kole Deminga jako o drodze to totalnej jakości.

Owe cztery kroki to cykl PDCA od:

- Plan

- Do

- Check

- Act

Nie chcąc komplikować zbytnio sytuacji, nie będę rozbierał teorii na czynniki pierwsze. Każdy z kroków oznacza dokładnie to, co oznacza. Najpierw Planuj (Plan), potem Wykonaj (Do), następnie Sprawdź co z tego wyszło (Check) a na końcu Zareaguj (Act) na to co zrobiłeś.

Planujesz, że napiszesz wiersz. Rozrysowujesz sobie w głowie o czym ma być, jakimi rymami się posłużysz, czy będziesz pisał piórem, długopisem czy może kredkami świecowymi. Potem siadasz nad kartką zaopatrzony w narzędzia i zaczynasz. Po chwilach metafizycznego uniesienia siedzisz nad efektem – zabazgranym kawałkiem papieru, z dwoma kleksami i zagiętym rogiem. Nie chcesz tego w przyszłosci, to nie taki był plan. Miało powstać dzieło, które oprawisz w ramkę i sprezentujesz mamie na Boże Narodzenie. Sprawdzasz więc, jak w pokerze (Check). Liczysz kleksy i błędy interpunkcyjne, widzisz, że inaczej mógłbyś rozplanować treść. Działasz (Act) przez włączenie Twoich spostrzeżeń i pomysłów do nowego planu. Decydujesz się użyć niekapiącego pióra, pod ręka trzymasz słownik poprawnej polszczyzny, uważasz, żeby w następnej wersji nie zagiąć rogu. Planujesz ponownie, bogatszy o wiedzę z poprzedniego kroku. I być może będziesz pisałe jeszcze cztery wersje, ale za każdym razem postarasz sie ze wszystkich sił wyeliminować błędy, które oddalają twój poemat od ideału. W końcu osiągniesz efekt.

Koło Deminga jest jednym z podstawowych narzędzi ludzi zajmujących się poprawianiem czegokolwiek. To najprostsza i najbardziej czytelna metoda osiągania za każdym razem lepszych rezultatów. Polega jak widzicie na wyobrażeniu sobie stanu końcowego i oceny jak bardzo i czym to co powstało różni się od tego wyobrażenia.

Dlatego nazwałem Deminga Królem, bo jego cykl można zastosować do wszystkiego, w czym chcecie być lepsi. Do odchudzania, do nauki nowych słówek, do projektowania systemów ogniw słonecznych czy czegokolwiek innego, co da się usprawniać.

I być może dzięki temu prostemu schematowi nie bedziecie potrzebowali setek innych narzędzi czy metod, bo koło Deminga to podwalina wszystkiego.

Nie każdy interesuje się zarządzaniem jakością. Inni będą uważać, że jakość to nudne normy ISO serii jakiejśtam. Są jednak takie ciekawe dziedziny zarządzania jakością jak chciażby poka yoke.

Poka yoke tłumaczy się na angielski jako mistake-proofing czyli odporność na błędy. Kiedyś mianowicie zauważono, że pewne procesy czy przedmioty podczas użytku dają mozliwość popełnienia błędu, a co za tym idzie, doprowadzenia na przykład do ich uszkodzenia. Stąd podjęto próby takiego tworzenia przedmiotów, lub projektowania procesów produkcyjnych, żeby użytkownik nie popełnił potencjalnie mozliwego do popełnienia błędu.

Najprostszym przykładem zastosowania poka yoke jaki znam, jest dyskietka komputerowa. Nie da się jej wsunąć do stacji dysków inaczej, niż w ściśle określony sposób. Podobnie wtyczki usb na przykład, pasują tylko tak, a nie inaczej.

Niezależnie od zarządzania jakościa, mozna tworzyć usprawnienia typu poka yoke w codzienym życiu. Jeśli zdarzyło ci się kiedyś użyć zamiast czerwonego zamiast niebieskiego pisaka na waznym dokumencie, tylko dlatego, że były schowane do pojemnika kolorowymi nakrętkami w dół, poka yoke jest dla ciebie. Obklej kolorową taśmą drugi koniec pisaka, czerwony czerwoną a niebieski niebieską oczywiście… Zamontuj w kuchni kran z sensorem ruchu, a nie przelejesz wody zapominając go zakręcić.

Dla zainteresowanych tematem podaję stronę, z której wiele można się dowiedziec. Przykłady są raczej stare, ale dają pojęcie o tej ciekawej metodzie.

P.S. Puryści zapewne uznają przykład z pisakami za przedstawienie metody oznaczania wizualnego, bo poka yoke jest raczej metodą zabezpieczania urządzeń, ale co tam ;)

Zbliża się Nowy Rok, moment w którym wielu z nas podejmuje jakieś wyzwania, obiecuje sobie że zrobi to czy nie zrobi tamtego. Osobiście uważam, że akurat ta data ma się nijak do zaczynania nowych projektów, bo można je rozpoczynać w każdy poniedziałek, ale muszę przyznać, jest coś w magii cyfr. Pierwszy stycznia nadaje się doskonale na kamień milowy w rozpoczynaniu spraw.

Ludzie uwielbiają mieć jeszcze jedną szansę. Kiedy ktoś rzuca palenie, powtarza sobie, że tak na prawdę zostawi nałóg po następnym papierosie. Nasze wyzwania dotyczą zazwyczj rzeczy trudnych, bowiem inaczej nie byłyby wyzwaniami. Dlatego lubimy asekurować się możliwością zachowania jeszcze jednej szansy. Pierwszy stycznia jest dla nas kolejną, nową szansą.

Przede wszystkim, sprawmy, żeby to była nasza ostatnia “kolejna szansa”. Dlaczego masz męczyć się z czymś i teraz i za pół roku i kolejnego pierwszego stycznia? Zrób to od razu i tak dobrze, żebyś nie musiał powtarzać! Popatrz, ile czasu marnujmy na walkę z wiatrakami, ile projektów rozpoczynamy tracąc siły, żeby potem robić to samo po raz wtóry!

Ja nie chcę mieć kolejnych szans na zaczynanie wszystkiego od nowa! Życzę sobie, żeby wszystko traktować z powagą pozwalającą mi ukończyć zadanie wtedy, kiedy sobie zaplanuję. Takie mam Noworoczne postanowienie.

Po drugie, o ile planowanie pracy wychodzi mi znakomicie, to z planowaniem życia jest gorzej. A nie chcę po raz trzeci zastanawiać się, gdzie pojadę na wakacje i w rezultacie nie pojechać nigdzie, bo zebrane pieniądze przeznaczymy na jakieś chwilowe szaleństwo już w połowie marca. Chcę planować wyjazdy z wyprzedzeniem, żeby móc celebrować to, że spełniam marzenia. Żeby wiedzieć, że nie czeka mnie kolejna pracująca robota, obgadywany od kilku tygodni wyjazd w Karkonosze.

Że nie ma w tym spontaniczności? W moim przypadku spontaniczność doprowadza do tego, że siedzę w domu przelewając mikre ilości wolnego czau przez palce, a nie używam życia tak jakbym tego chciał.

Krótko mówiąc, zastanówcie się, czy też nie mielibyście ochoty zrealizować tego wszystkiego co sobie zaplanujecie? Wiedząc, że macie kolejną szansę, kolejny miesiąc, albo następne noworoczne przyrzeczenie przed sobą, może się Wam nie udać.

Dlatego niech szlag trafi magię wszystkiego od nowa i powtarzane w przyszłym roku po raz kolejny te same noworoczne przyrzeczenia. Wszystkie złożone teraz chcę zrealizować w terminie. Pierwszego stycznia 2010 przyjdzie czas na inne.

Dziś krótko. Fanatycy dziedziny produktywności też znajdą tu coś dla siebie, ale większość z nas uśmieje się po pachy. Jacy to ludzie potrafią być durni …

www.failblog.org