Archiwa miesięczne: listopad 2008

Dziś, w sposób bardzo znaczący, spóźniam się do pracy. Jest 8.30 i od pół godziny powinieniem być na miejscu. A tu jeszcze muszę odwieźć małą do mamy i przejechać całe miasto. Zacznę o 10, jak nic.

Tylko jakie to piękne. Piję spokojnie kawe, patrzę na świat oświetlony promieniami porannego słońca, takimi w grudniowym stylu, jak wtedy, gdy wszystko jest białe. Czasem takie słońce daje wrażenie, że wszystko się rozpuści, a nie rozpuszcza się.

Obok mnie po podłodze raczkuje Mikrus i coś sobie pogaduje. Łóżko pościelne i kuchnia posprzątana po śniadaniu na słodko. W powietrzu wisi jeszcze zapach chałki, podpieczonej dla świeżości przez D. w piekarniku.

Ze mnie opadły już emocje związane z tym, co to będzie, jak się spóźnię. Teraz odczuwam coś w rodzaju spokoju i wydaje mi się, że to krok we właściwym kierunku. Oczywiście nie mówię o spóźnianiu, się, ale o takim właśnie stanie ducha.

Za 15 minut wsiądziemy do samochodu i będziemy przebijać się przez wrocławskie korki. Jeśli Trójka puści coś ładnego, dzień powinien być udany…

Miliony stron o GTD pozwoli Ci bez wątpienia zorientować się, o co chodzi. Jeśli nie wiesz, zachęcam, żebyś zapoznał się z tą ciekawą metodą organizacji i zwiększania produktywności. Albo po prostu – załatwiania spraw. Dla ułatwienia podam tylko jeden link, z którego wywnioskujesz większość.

Niezależnie od wszystkiego, osobom które interesują się systemem Allena, może być potrzebna odpowiedź na jedno podstawowe pytanie – czy warto?

Przygodę z GTD i metodami “hackowania życia” zacząłem około roku temu. Przejrzałem tysiące stron internetowych. I to był być może mój błąd. Pierwszą zasadą GTD powinno być – zacznij teraz! Zbyt wiele czasu poświęca się na zabawę gadżetami, oprogramowanie listami “todo” czy szukaniem własciwego Moleskina w nielicznych miejscach w Polsce, w których jest dostępny.

Piszę o błędzie, bo dopiero po czasie przez ten nadmiar informacji zorientowałem się czym jest GTD. Bo na początku nie działało. Nie potrafiłem wdrożyć w życie całego systemu. To dosyć istotne, bo jeden element nie działa tam bez drugiego. Jeśli zapisujesz wszystko co masz do zrobienia (nieważne czy w postaci cyfrowego głosu czy na papierze toaletowym), a nie dokonujesz przeglądu tygodniowego, nici z GTD itp. Byłem mocno zawiedziony, że to wszystko takie skomplikowane i trudne.

Dopiero po czasie odkryłem, że wszystkie informacje, do których się dokopałem są mi potrzebne dopiero teraz. Wcześniej zaciemniały obraz prostego skądinąd systemu. Kiedy odrzuciłem wszystkie dodatki do GTD i zająłem się nim mając tylko parę teczek, notatnik z TESCO i karteczki samoprzylepne, poczułem się lepiej. Zadziałało! Zabawę z narzędziami takimi jak Evernote, Remember The Milk, Tadalist czy Think Rock trzeba było zostawić sobie na później. I żeby tego było mało, na Zen Habits znalazłem potwierdzenie zminimalizowania swojego GTD. Uważam Zen To Done za wspaniałą kwintesencję GTD, rzecz od której można śmiało zaczynać swoją przygodę z systemem.

Na pytanie czy to działa, odpowiedziałem nieco okrężnie, bo i tak i nie. Przede wszystkim, ze swojego doświadczenia, mogę powiedzieć tylko tyle:

  • zacznij z GTD od jak najprostszych sposobów. Zen To Done może ułatwić Ci działanie
  • żaden system nie zadziała bez samodyscypliny. Nie zrealizujesz żadnego planu, jesli nie bedziesz działać według wzoru. Energię poświęcaną na magiczne pomoce w GTD przeznacz na wbicie w siebie nawyku postępowania według wybranego przez siebie systemu,
  • pierwsze efekty (szczególnie euforyczne) z powodu nagłego “luzu w głowie” przyjdą stosunkowo szybko – kiedy tylko uporządkujesz swoje “otwarte pętle” jak nazywa je Allen. Nie spocznij na laurach. To moment, w którym GTD może przestać działać, zanim jeszcze na dobre zaczęło!
  • rozwijaj się z systemem. Żeby nie zanudził cię na śmierć, spraw, żeby ewoluował i był tylko Twój. Pisz na śmiesznych kartkach, używaj specjalnego długopisu, czy kup sobie futerał na notes. Cokolwiek.
  • nie przejmuj się detalami. GTD to system zorientowany na ogół. Jeśli nie masz Moleskina, trudno. Nie masz setek wiązanych teczek, albo metkownicy? Trudno. Masz za to foliowe koszulki i markera. Dla chcącego nic trudnego.

GTD to nie system automatycznego roziązywania spraw. Musisz dać z siebie sporo, ale kiedy zadziała, chociaż uprzedzam, że nie musi, będziesz zaskoczony. Pozytywnie!

Powodzenia.

Zacznijmy od bajki:

Były sobie cztery osoby, które nazywały się: Każdy, Ktoś, Ktokolwiek i Nikt. Trzeba było wykonać pewną pracę i Każdy został o to poproszony.


Każdy był pewien że Ktoś to zrobi. Ktokolwiek mógł to zrobić, ale Nikt tego nie zrobił. Ktoś zezłościł się z tego powodu, ponieważ było to powinnością Każdego. Każdy myślał, że Ktokolwiek mógł to zrobić, ale żadnemu z nich nie przyszło do głowy, że Nikt tego nie zrobi. Skończyło się tym, że Każdy obwiniał Kogoś za to, że Nikt nie zrobił tego, co mógł zrobić Ktokolwiek.

Z tym tekstem spotykałem się wielokrotnie i podczas studiów i po nich. Nie znam autora. Mimo pewnej słabości tej opowieści uważam, że jest to jeden z lepszych tekstów obrazujących jedną z głównych bolączek dzisiejszego społeczeństwa – brak umiejętności właściwego komunikowania.

Przypowiastkę tę można zastosować do życia prywatnego i zawodowego (chociaż przecież nie ma dwóch żyć). W tym drugim mam do czynienia z Każdymi, Wszystkimi i Niktami na co dzień. Ileż to razy najbardziej błahe nawet projekty rozbijały się o argumenty, typu  “nie wiedziałem, że to moja działka”. W mojej pracy ten prosty problem był – i bywa jeszcze – jednym z głównych przyczyn rozmaitych niepowodzeń. Ktoś niedopatrzył się braku jakiejś części do produkcji, bo myslał, że zrobi to Ktokolwiek inny. Doszło do tego, że ową historyjkę przekazałem pracownikom, prawie niczym misję.

Co jest tak dziwnego w człowieku, że prowadzi go do podobnego niedbalstwa? Lenistwo? Ja wolę ubierać to w ładniejsze słowa – każdy z nas to po prostu homo oeconomicus. Róbmy tak, żeby się nie narobić. Skala tego zjawiska może być różna u różnych ludzi, ale generalnie wszyscy starają się zużyć jak najmniej energii na wykonanie swojej pracy. Jeżeli jeszcze damy komuś szansę na podniesienie argumentu, że to nie była jego działka…

Co zrobić ? Nie, nie ma zespołu idealnego, w którym Każdy kontrolowałby Każdego. Wszystkie zadania muszą być na tyle szczegółowe, proces ustawiony tak, żeby Wszyscy wiedzieli, co robi Ktokolwiek. Nikt wtedy nie powie, że myślał, że sprawą zajmie się Ktoś inny.

Osobną kwestią jest zakres obowiązków, które można maksymalnie uszczegółowić. O ile na przykład jesteśmy w stanie wyposażyć kogoś w instrukcję wykonania samochodu, o tyle trudno ingerować w jego przyzwyczajenia natury na przykład estetycznej – żeby chociażby spuszczał po sobie wodę w toalecie. Przecież może to zrobić Każdy.

Trochę ten post chaotyczny, ale postanowiłem przelać ów strumień świadomości tutaj w nadziei, że ktoś wpadnie na pomysł, jak rozwiązać historię ogólnej niemocy. Jak sprawić, żeby nie strzępić sobie języka, rozdzielając polecenia, których Nikt później nie wykona. Jak po prostu przeżyć życie efektywniej. Bo prawdę wynikającą z tej opowiastki uważam za jedną z tych, które w największym stopniu odpowiadają za słabości ludzkiej produktywności.

I na koniec wersja w oryginale.

Bookmark and Share

Dzisiaj krótko. Przez zupełny przypadek, blog o tematyce GTD, dotarłem metodą próbnych kliknięć do dwóch wspaniałych miejsc w sieci. Obie lokacje same w sobie są niesamowitą ucztą dla oczu i uszu, ale razem dają wprost przecudne wytchnienie dla ducha.

Jeśli lubicie minimalistyczne utwory  i kochacie pianino, posłuchajcie muzyki Bena Woods’a. A do tego pooglądajcie te fotografie.

Odkrycie takiej mieszanki nie mogło dać innego efektu. Ze zwykłego, jesiennego, lekko zamglonego i z pewnością zimnego dnia, popłynęła magia.

By StarbuckGuy

By Gene Wilburn

Od lat chciałem napisać tego posta. Od lat. Ale im dłużej chciałem go napisać, tym więcej informacji na temat wczesnego wstawania znajdowałem na rozmaitych lifehackowych blogach. Mimo to spełnię swoje marzenie i napiszę o tym. Mało tego, dodam coś od siebie, żeby przekazać Wam kolejną ludową mądrość.

1099497_sunrise_in_jmtland

Na początek linki do artykułów ludzi znacznie mądrzejszych ode mnie. Niejaki Steve Pavlina, którego osobiście nie znam, ale który podobno jest fajny i pisze niezłego bloga – tutaj.

Po drugie mój ulubiony Zen Habits.  Po trzecie, spojrzenie z trochę innej strony.

Jeśli już nauczyliście się wszystkiego z powyższych źródeł, przetłumaczę to wszystko na ludzki. A zacznę od tego, że jakiś czas temu zauważyłem, że rano wiele rzeczy wychodzi mi lepiej. U każdego bywa inaczej, a najbardziej żal mi tych, którzy funkcjonują perfekcyjnie około 4 nad ranem… Problem polegał na tym, że o ile rano mam świeższy umysł, to strasznie trudno było mi się przebudzić i wykorzystać jego możliwości.

Przemierzyłem całą Sieć w poszukiwaniu porad, które rozpoczęły też moje zainteresowanie rozwojem osobistym. I odkryłem coś, co powaliło mnie na kolana swoją prostotą:

jeśli chcesz wstawać wcześnie, po prostu zrób to. Nie patrz na zegarek, nie licz godzin, które spędzisz w łóżku. Nie wierz w to, że potrzebne ci siedem czy osiem godzin nieprzerwanego odpoczynku. Twój organizm sam to ureguluje.

Otóż sprawdziłem i pozwoliłem swojemu organizmowi zadecydować. Postanowiłem w swoim masochistycznym pędzie dojść do morderczej godziny 4.15, ale na pierwszy ogień poszła 5.25. Pierwszy dzień był stosunkowo nieciekawy, podobnie jak drugi. Nie zwracałem uwagi na godzinę, o której zasypiam. Raz była to północ, raz pierwsza, ale wkrótce kiedy czytałem książkę, oczy zamknęły mi się o 21.30. Po jakimś czasie normą stało się zasypianie około 22. Co prawda nie osiągnąłem celu, mimo cofania budzika co jakiś czas, ale tylko dlatego – przynajmniej tym sobie to tłumaczę – że po namyśle uznałem 4.15 za tak idiotycznie nieludzką porę, że wstydziłbym się przyznać znajomym, iż o niej otwieram oczy.

Krótko mówiąc, możesz zostać na nogach dłużej, ale raczej pewne jest, że następnego dnia odeśpisz ten luksus.

Co zyskałem? Parę spokojnych godzin w ciągu dnia, czyli około 10 w ciągu tygodnia roboczego. Na weekendzie śpię dłużej. W “odzyskanym” czasie mogę przygotować się do pracy, zrobić spokojnie śniadanie, poczytać gazetę czy książkę. Swoją drogą, wspaniałą metodą na zagospodarowanie poranka jest rutyna. O niej poczytacie tutaj. Nie stosuję jej obecnie, ale próbowałem i działa.

Przed snem, w łóżku, możesz testować soje zmęczenie czytając książkę. Kiedy czytasz jedno zdanie po kilka razy, albo nie rozumiesz o co chodzi, lepiej ją odłóż. Już czas…

Parę porad w skrócie:

  1. ustal cel i dochodź do niego stopniowo cofając budzik z bardziej ludzkiej godziny
  2. kiedy otworzysz oczy za żadne skarby nie pozwól sobie na minutę ddatkowej drzemki. Wstań i wyjdź z sypialni.
  3. możesz poćwiczyć – podobno. Ja tego nie robiłem i nic się nie stało. Natomiat absolutnie nie medytuj, bo po prostu zaśniesz
  4. jeśli masz swoją poranną rutynę, wprowadź ją w życie. Bezmyślne przygotowanie herbaty czy śniadania na prawdę może się udać…
  5. zdaj sobie sprawę z kosztu twoich nowych dodatkowych godzin i wykorzystaj je mądrze,
  6. nie idź spać, dopóki nie poczujesz się wystarczająco zmęczony. Dobrym testem zmęczenia jest “test książki”
  7. powodzenia!


Bookmark and Share