Od lat chciałem napisać tego posta. Od lat. Ale im dłużej chciałem go napisać, tym więcej informacji na temat wczesnego wstawania znajdowałem na rozmaitych lifehackowych blogach. Mimo to spełnię swoje marzenie i napiszę o tym. Mało tego, dodam coś od siebie, żeby przekazać Wam kolejną ludową mądrość.

Na początek linki do artykułów ludzi znacznie mądrzejszych ode mnie. Niejaki Steve Pavlina, którego osobiście nie znam, ale który podobno jest fajny i pisze niezłego bloga – tutaj.
Po drugie mój ulubiony Zen Habits. Po trzecie, spojrzenie z trochę innej strony.
Jeśli już nauczyliście się wszystkiego z powyższych źródeł, przetłumaczę to wszystko na ludzki. A zacznę od tego, że jakiś czas temu zauważyłem, że rano wiele rzeczy wychodzi mi lepiej. U każdego bywa inaczej, a najbardziej żal mi tych, którzy funkcjonują perfekcyjnie około 4 nad ranem… Problem polegał na tym, że o ile rano mam świeższy umysł, to strasznie trudno było mi się przebudzić i wykorzystać jego możliwości.
Przemierzyłem całą Sieć w poszukiwaniu porad, które rozpoczęły też moje zainteresowanie rozwojem osobistym. I odkryłem coś, co powaliło mnie na kolana swoją prostotą:
jeśli chcesz wstawać wcześnie, po prostu zrób to. Nie patrz na zegarek, nie licz godzin, które spędzisz w łóżku. Nie wierz w to, że potrzebne ci siedem czy osiem godzin nieprzerwanego odpoczynku. Twój organizm sam to ureguluje.
Otóż sprawdziłem i pozwoliłem swojemu organizmowi zadecydować. Postanowiłem w swoim masochistycznym pędzie dojść do morderczej godziny 4.15, ale na pierwszy ogień poszła 5.25. Pierwszy dzień był stosunkowo nieciekawy, podobnie jak drugi. Nie zwracałem uwagi na godzinę, o której zasypiam. Raz była to północ, raz pierwsza, ale wkrótce kiedy czytałem książkę, oczy zamknęły mi się o 21.30. Po jakimś czasie normą stało się zasypianie około 22. Co prawda nie osiągnąłem celu, mimo cofania budzika co jakiś czas, ale tylko dlatego – przynajmniej tym sobie to tłumaczę – że po namyśle uznałem 4.15 za tak idiotycznie nieludzką porę, że wstydziłbym się przyznać znajomym, iż o niej otwieram oczy.
Krótko mówiąc, możesz zostać na nogach dłużej, ale raczej pewne jest, że następnego dnia odeśpisz ten luksus.
Co zyskałem? Parę spokojnych godzin w ciągu dnia, czyli około 10 w ciągu tygodnia roboczego. Na weekendzie śpię dłużej. W “odzyskanym” czasie mogę przygotować się do pracy, zrobić spokojnie śniadanie, poczytać gazetę czy książkę. Swoją drogą, wspaniałą metodą na zagospodarowanie poranka jest rutyna. O niej poczytacie tutaj. Nie stosuję jej obecnie, ale próbowałem i działa.
Przed snem, w łóżku, możesz testować soje zmęczenie czytając książkę. Kiedy czytasz jedno zdanie po kilka razy, albo nie rozumiesz o co chodzi, lepiej ją odłóż. Już czas…
Parę porad w skrócie:
- ustal cel i dochodź do niego stopniowo cofając budzik z bardziej ludzkiej godziny
- kiedy otworzysz oczy za żadne skarby nie pozwól sobie na minutę ddatkowej drzemki. Wstań i wyjdź z sypialni.
- możesz poćwiczyć – podobno. Ja tego nie robiłem i nic się nie stało. Natomiat absolutnie nie medytuj, bo po prostu zaśniesz
- jeśli masz swoją poranną rutynę, wprowadź ją w życie. Bezmyślne przygotowanie herbaty czy śniadania na prawdę może się udać…
- zdaj sobie sprawę z kosztu twoich nowych dodatkowych godzin i wykorzystaj je mądrze,
- nie idź spać, dopóki nie poczujesz się wystarczająco zmęczony. Dobrym testem zmęczenia jest “test książki”
- powodzenia!
